guniamaster prowadzi tutaj blog rowerowy

Have a good time all the time

Wpisy archiwalne w kategorii

>100

Wszystkie kilometry:583.72 km (w terenie 100.00 km; 17.13%)
Czas na rowerze:27:50
Średnia prędkość:20.97 km/h
Maksymalna prędkość:71.49 km/h
Suma podjazdów:3350 m
Wycieczek:4
Średnio na wycieczkę:145.93 km i 06:57 godz.
Więcej moich statystyk rowerowych

schron kolejowy Stępina

  d a n e    w y j a z d u 103.38 km 7.00 km teren 05:38 h Pr.śr.:18.35 km/h Pr.max:52.50 km/h Temperatura:- HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Podjazdy:- m Kalorie:- kcal Rower:merida
Sobota, 20 marca 2010 | dodano: 21.03.2010

Pierwsza część trasy z wiatrem w twarz. Żeby nie jechać ciągle głównymi urozmaiciliśmy sobie drogę dwoma podjazdami, co dobrze widać na śladzie.
Dojechaliśmy do Stępiny, gdzie jest ciekawy schron kolejowy. Potem mchcieliśmy wjechać na górę Chełm. Ale się nie udało. Nie udało się wjechać tylko musieliśmy się tam wysoindrać z rowerami na plecach, śnieg 10cm powyżej kostki skutecznie uniemożliwiał poruszanie się w inny sposób.
Powrót już tylko głównymi drogami. Wiatr w plecy, choć już trochę słabszy. Pod koniec miałem już małe kryzysy. Jednak jeszcze forma nie ta.
Więcej opisu i zdjęć u kompanów wyprawy Petroslava i Kundella.

Ślad:


Pstrągowa - podjazd w stronę Strzyżowa/Łętowni © Petroslavrz

Stępina - niemieckie schrony kolejowe © Petroslavrz

Stępina - Kundello21, Petroslavrz, Guniamaster © Petroslavrz

czasami więc inaczej się nie dało... © Petroslavrz

Góra Chełm - przerwa przed podjazdem do kapliczki © Petroslavrz

Góra Chełm (528 m n.p.m.) - kapliczka na szczycie © Petroslavrz


W kapliczce na górze, była księga wpisów. Oczywiście sie wspisalismy. Każdy ma swój adres z BS :D zdjęcie Kundello


Kategoria: >100, foto, GPS

ulucz

  d a n e    w y j a z d u 136.10 km 26.00 km teren 07:19 h Pr.śr.:18.60 km/h Pr.max:64.00 km/h Temperatura:- HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Podjazdy:- m Kalorie:- kcal Rower:merida
Sobota, 6 czerwca 2009 | dodano: 06.06.2009

10:00 pod pomnikiem. 4 cyklistów juz czeka. Chwilkę jeszcze siedzimy, nikt nie dojeżdza, więc wyjeżdzamy. Kierujemy się na Zalesie i tam jakimś szlakiem do lasu, ostry podjazd. Nie pamiętam jakiego koloru był to szlak, chyba czarny, ale i tak tylko chwilę nim jechaliśmy.

Pierwsza górka ©Maciek

Po wyjechaniu/wyprowadzeniu rowerów na szczyt dowiaduje się, gdzie dokładnie dziś jedziemy. Do Ulucza. To nie brzmi tak przerażająco, jak zakodowany w tym słowie dystans. W dwie strony będzie 120km. O to fajnie mówię, a myślę co innego, bo byłem w koszulce i spodenkach, nawet rękawków rano nie mogłem znaleźć, a tu cała ekipa wyposażona w kurtki, bluzy i plecaki, w których pewnie ma ekwipunek na transsyberiana. Ale robię krótki rozgląd po niebie, oceniam chmury fachowym okiem i stwierdzam, że opad atmosferyczny dziś jest mało prawdopodobny. Zresztą wracać mi się już i tak nie opłaca, więc nie pozostaje nic innego jak jechać dalej.
Postój się kończy, robimy głosowanie. Zjeżdzamy od razu na asfalt, żeby było mniej drogi, czy lasem, ale z podjazdami. Większość nacisnęła przycisk i podniosła rękę przy opcji lesistej. Demokratycznie kręcimy w stronę lasu. Nie jestem na tyle obeznany w okolicach Rzeszowa, żeby stwierdzić jak dokładnie jechaliśmy (może uda się uzyskać dostęp do śladu z garmina kiedyś, bo Rafał był uzbrojony), ale po fajnym zjeździe wyjechaliśmy w okolicach Borku.
Stamtąd asfaltem przeprawa do Błażowej, a tam przerwa przy Centrum na posiłek.
Potem mieliśmy już jakoś w miarę szybko dojechać do Ulucza. Niestety gps nbawet nie pomógł i musieliśmy jechać przez Dynów. Tu życie uratował mi Rafał, który pożyczył mi swoją kurtkę, bo inaczej bym umarzł.
I tak asfaltem dowlekliśmy się do kładki nad Sanem.

Kładka. Ja w środku ©Maciek

Tam zaczęło trochę padać to się schowaliśmy pod jakimś barakiem firmy, która prowadzi tam jakieś poszukiwania chyba gazu.

Dużo ziemii ©Maciek


Przeczekiwanie deszczu ©Maciek

Po chwli zainteresował się nami jakiś gość, ale jak mu powiedzieliśmy że tylko deszczu unikamy to się okazał nawet miły i powiedział nam jak do Ulucza trafić. Było szutrem i błotem, a po drodze znaleźliśmy jakąś tabliczkę: bunkry 150metrów. Dobrze, że jakiś miejscowy chłopaczek nas tam zaprowadził, bo jakbyśmy nie znaleźli bunkrów to pewnie byśmy nad morze dojechjali.
Następnie cel podróży, czyli cerkiew w Uluczu i powrót, że z czasem było nie najlepiej to trzeba było się sprężać.

Cerkiew w Uluczu ©Maciek


Prom ©Maciek

Prom i my ©Maciek

Promem przez San i na asfalt. I już jak najkrócej do Rzeszowa.

Asfalt i deszcz. Było dużo tego i tego ©Maciek

Przywiozłem kask z domu, ale w pośpiechu zapomniałem go zabrać. Jeszcze nie mam tego odruchu. Dlatego czułem się trochę wyalienowany, nie wyglądałem pro, jak reszta:)

Jeszcze w pewnym momencie nie byliśmy pewni w którą stronę jechać i wyjechaliśmy pod górę stwierdziliśmy, że pojedziemy według gps i zjechaliśmy z powrotem na dół. Tam jednak według mapy wyszło, że musimy wracać znowu pod górę. Na szczęście jeszcze mieliśmy siłę, żeby się z tego śmiać.

Powrót ©Maciek

Powrót do akademika 22, czyli 12 godzin na wycieczce, dupa to odczuła.
Nie było już czasu na mycie maszyny, więc rower oblepiony błotem trafił na ścianę.
Życie zweryfikowało zaplanowany dystans 120km na 136km co wydaje się małym odchyleniem.

Zdjęcia pochodzą z picasy z albumu Maćka.


Kategoria: >100, spod pomnika

bicie rekordu, podejście pierwsze

  d a n e    w y j a z d u 239.08 km 0.00 km teren 09:41 h Pr.śr.:24.69 km/h Pr.max:71.49 km/h Temperatura:- HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Podjazdy:3350 m Kalorie:- kcal Rower:spec
Niedziela, 17 maja 2009 | dodano: 17.05.2009

Trasa: Czystogarb-Zagórz-Lesko-Polańczyk-Czarna-Ustrzyki-Cisna-Baligród-Cisna-Czystogarb.
Wydawało mi się, że już jestem w formie, pierwsze 100km brutalnie to zweryfikowało. Podjazdy były prawdziwą męczarnią, i chyba zdecyduję się na zamontowanie 3. najmniejszego blatu do korby (korba jest na 3 blaty, tylko ktoś zanim mi ją sprzedał conieco z niej odkręcił),może będzie wyglądało mniej pro, ale bedę czerpał jakąkolwiek przyjemność z podjazdów, a nie tylko ból mięśni.
Do Czarnej, pierwsze 100km, szło jeszcze w miarę dobrze, średnia dochodziła do 30. Ale od kiedy złapał mnie pierwszy deszcz jeszcze przed Ustrzykami ta wartość zaczęła systematycznie spadać.
W czarnej jeszcze zatrzymałem się na pierwszy poważniejszy posiłek, i co mnie tam urzekło, to widok menela ledwo trzymającego się na nogach, który po odejściu od stolika założył kask i siadł na motor, o dziwko jechał o wiele prościej niż szedł.
W okolicach Stuposian minąłem kilku kolarzy, ale na szczęście jechali w przeciwną stronę, bo inaczej by mi wstydu narobili, gdyż moja prędkość nie zaliczała się wtedy do tych, które osiągają sprinterzy przy finiszowaniu.
Później był ciężki podjazd pod Połoninę Wetlińską, ale od tego miejsca do Cisnej praktycznie było już z górki albo po równym.

Po podjeździe pod Połoninę

Że w Cisnej z czasem się dorze wyrabiałem postanowiłem zrobić skok w bok i pojechać do Baligrodu i z powrotem, postanowinie zrealizowałem.

Cisna 200km w nogach

Z Cisnej potem już tylko powrót do domu, gdzie w połowie drogi złapał mnie okrótny deszcz i wybił mi z głowy dalszą jazdę, znaczy się dalszą po tym momencie kiedy dotrę do domu na 240km i jeszcze wybiorę się na rozjazd, żeby dobić do 300.

Po wszystkiemu

Według gpsies to mniej więcej całkowite wzniesienie terenu wyniosło 3350m.
Vmax 71,5-można było wyciągnąć więcej, ale szkoda było sił na pociskanie z góry.
Pomimo obfitego śniadania, na trasie też dużo batonów, kilka bułek, kiełbaski, jogurt i bardzo dużo płynów i dobrej kolacji waga w niedziele wskazywała 1,5kg tuszy mniej niż przed wycieczką.


Kategoria: >100, samemu, szosa, z Czystogarb

dookoła rzeszowa żółtym szlakiem

  d a n e    w y j a z d u 105.16 km 67.00 km teren 05:12 h Pr.śr.:20.22 km/h Pr.max:56.50 km/h Temperatura:- HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Podjazdy:- m Kalorie:- kcal Rower:merida
Niedziela, 3 maja 2009 | dodano: 03.05.2009

Udało mi się wbić pierwszego 100 punktowego breaka w tym sezonie.

Dojazd do Wisłoka, kawałek wzdłuż rzeki, potem asfaltem i szutrem na przemian do Siedlisk, gdzie spotkałem się z żółtym szlakiem. Od tego czasu miałem się trzymać szlaku. Zadanie dość trudne, bo jadąc na rowerze czasem trudno dostrzec znaczki na drzewach.
Dojechałem do Mogielnic, raz tylko się zgubiłem. Fajny zjazd był i w pewnym momencie nie zauważyłem, że szlak odbija, potem musiałem się z powrotem wygramolić pod górę.
Z Mogielnic do Niechobrza też trochę pobłądziłem, nie zobaczyłem na oddalonym trochę od głównej drogi słupie z linią znaku skrętu szlaku. Po przejechaniu kawałka asfaltem w Niechobrzu i zjeździe na szuter znowu zgubiłem szlak. Skierowałem się do wielkiego krzyża na wzgórzu. Parę młodych osób piło tam wódkę to spytałem o szlak, ale nie mieli pojęcia, że takie coś tu biegnie. Spytałem jak dojechać na Zgłobień, bo szlak tam docierał, pokazali mi kościół, który było widać z oddali mówiąc, że to ta miejscowość i pokazali mniej więcej jak mam jechać. Po chwili spotkałem się ze szlakiem, a po drugiej chwili znów go zgubiłem. Nic to, wiedząc, gdzie się mniej więcej kierować popedałowałem co sił. Szybko dojechałem do wąskiego asfaltu, podążając nim dostałem się do jakiejś głównej trasy, tam spytałem ludzi którędy do kościoła i ruszyłem. Za chwilę spotkałem szlak i razem dojechaliśmy do koscioła. Skręcało się do góry i koło cmentarza pojechałem niebieskim szlakiem rowerowym, co było zgubne, bo po kilku kilometrach, skończyło się oznaczenie. Dojechałem do najbliższego gospodarstwa i spytałem o drogę, powiedzieli, że szlak rowerowy biegnie dalej tylko ktoś wyrwał słupka ze znaczkiem, ale ja już trochę znudzony tym błądzeniem postanowiłem z powrotem wrócić do cmentarza i tam pojechać żółtym szlakiem. Miałem dojechać do Dąbrowej.
W Błędowej-Zgłobieńskiej oczywiście zgubiłem szlak. Ale to nie była tragedia, bo wiedziałem, gdzie mam się kierować.
Dojechałem do Trzciany i stamtąd kawałek trasą E40, za mostkiem miał ją przecinać szlak. Droga w bok była, ale żadnego oznaczenia szlaku. Trochę już zmęczony i zniechęcony tą tułaczką (na szczęście nie głodny, bo pomimo 3. maja udało mi się znaleźć 2 czynne sklepy, gdzie zakupiłem prowiant) pomyślałem, że pojadę kawałek tą dróżką do lasu i najwyżej zawrócę. Ale po chwili odnalazły się oznaczenia szlaku. Uradowany popedałowałem co sił. Od tego momentu skończyły się górki i reszta trasy miała zupełnie płaski profil. Drogi były albo dobrze utrzymane leśne, szutrowe, albo wąski asfalcik, także przyjemnie się jechało. Oznakowanie też już dobre.
Zanim dojechałem do Rezerwatu Zabłocie noga wpadła mi do bagna i miałem trochę niemiłe uczucie w bucie. Stamtąd już miało być w miarę spokojnie do Głogowa Młp. Poniekąd tak było, tylko czasem trzeba było jechać przez krzaki, czasem przez piach po kolana, czyli raczej się prowadziło rower.
Po dojechaniu do głównej drogi postanowiłem się całkiem pożegnać ze szlakiem, bo było już trochę późno, a w szarówce to napewno bym go już nie mógł znaleźć.
Z Głogowa trasą 9 popedałowałem do Rzeszowa.
Po 90km w nogach udało mi się kręcić po asfalcie ze średnią ponad 30kmph, co mnie miło zaskoczyło, ale to pewnie dlatego, że ostatnia część trasy była płaska i można było odpocząć.
Ogólnie trasa warta polecenia, tylko najlepiej jechać z kimś kto już nią kiedyś jechał. Ewentualnie samemu przejechać raz, a za drugim razem się rozkoszować wiedząc, gdzie trzeba skręcać.
I zła wiadomość: już widziałem żmije, a Mateusz się boi żmiji:(


Kategoria: samemu, >100

ministat liczniki.org